„Hoduje się klaczami” – rozmowa z Henrykiem Soboniem

0
1264
Stephan Haarhoff Henryk Soboń

O premiowaniu źrebiąt holsztyńskich w Glinnie oraz księdze Holstein Global rozmawiamy z Henrykiem Soboniem – znawcą koni sportowych, hodowcą, przed laty pracownikiem stacji ogierów Maas J. Hell.

Już drugi raz towarzyszył Pan Komisji Związku Holsztyńskiego podczas polskiej edycji premiowania źrebiąt. Jak z Pana perspektywy wypadła organizacja imprezy?

Tegoroczne premiowanie źrebiąt holsztyńskich, połączone z czempionatem, moim zdaniem, pod względem organizacyjnym wypadło bardzo dobrze. Trochę trudno mi porównać tegoroczną imprezę z dwiema pierwszymi, ponieważ w nich nie uczestniczyłem ale bardzo miło wspominam poprzednią edycję, która w ostatniej chwili zmieniła miejsce i organizatorów, a dzięki zaangażowaniu kilku osób, na czele z Tomaszem Olszewskim i Oliwią Chmielewską, całość przebiegła nienagannie.
W tym roku wszystko potoczyło się zgodnie z planem, a rodzina państwa Kasperskich stanęła na wysokości zadania. Doskonale przygotowana zarówno hala do oceny klaczy jak i trójkąt do oceny źrebiąt. W oczy rzucała się duża dbałość o szczegóły, nie brakowało elementów holsztyńskich, co nadawało dodatkowej powagi całemu wydarzeniu. Jest to też wyraz szacunku dla koni holsztyńskich i swoista forma utożsamiania się z bogatą tradycją hodowli w Holsztynie. Na podkreślenie zasługuje fakt, że z roku na rok konie są coraz lepiej prezentowane, a sami prezenterzy odpowiednio ubrani. Warto w przyszłości pomyśleć o jednolitych strojach dla prezenterów czyli długie, białe spodnie i, wzorem imprez w Holsztynie, wszyscy w jednakowych bluzach lub koszulkach z holsztyńskim emblematem na piersi. Na plecach znalazłoby się miejsce dla nazw poszczególnych stajni.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że poziom hodowanych w Polsce koni holsztyńskich systematycznie rośnie. W Glinnie oglądaliśmy bardzo ciekawą stawkę tegorocznego narybku, co przełożyło się na liczne premie. Prosimy o podzielenie się kilkoma refleksjami na temat jakości zaprezentowanych źrebiąt.

To prawda, poziom prezentowanych źrebiąt sukcesywnie rośnie. W tym roku oglądaliśmy wiele ciekawych koni o atrakcyjnych rodowodach ale i w dobrym, sportowym typie, o atletycznej budowie. Trafiały się dobre ruchowo źrebięta co wcale nie jest takie łatwe do osiągnięcia w przypadku specjalizacji nastawionej głównie na hodowlę koni skokowych. Tu jako hodowcy powinniśmy pamiętać, żeby zwracać uwagę na jakość ruchu. Dobrze by było nie zatracić przy tym typowego dla rasy holsztyńskiej ruchu z nadgarstka – pozostałości po specjalizacji w kierunku karecianym, dającego późniejszym koniom skokowym swobodną łopatkę o dużej ruchomości, tak przydatną w skokach ale również mile widzianą u koni ujeżdżeniowych, przecież nie na darmo wiele z nich posiada w swoich rodowodach holsztyny. Parę źrebiąt właśnie tak się ruszało i wszystkie one znalazły się w czempionacie. Miłym zaskoczeniem był też fakt, że klaczki reprezentowały wyższy poziom niż ogierki. To dobrze wróży na przyszłość, wszyscy znamy starą prawdę, że hoduje się klaczami. Premiowanie źrebiąt to początkowy etap selekcji, wiadomo, że jeszcze wiele może się po drodze wydarzyć, zanim te obiecujące klaczki staną się matkami i przejmą zadania remontu stada u naszych hodowców. Warto najlepsze z nich zostawić i nie dać się skusić ofertami sprzedaży, ponieważ tylko to co najlepsze jest wystarczająco dobre.
Myślę, żę część źrebiąt mogła pokazać jeszcze lepszy ruch lecz ze względu na przedstawienie matek do licencji musiały biegać dwa razy, w tym raz w ciepłej hali. Wbrew pozorom nie jest to bez znaczenia. Nie da się jednak tego zmienić ponieważ takie są wymogi Związku Holsztyńskiego aby w pierwszej kolejności licencję otrzymała klacz i dopiero potem można dokonać oceny jej potomstwa. Trzeba w przyszłości pomyśleć o tym, aby licencjonowanie klaczy trzyletnich zorganizować w innym terminie, tak jak robione jest to przez Związek na terenie całych Niemiec. Idealne byłoby połączenie tego z próbą dzielności klaczy. Coraz większa ilość hodowców koni holsztyńskich w Polsce z pewnością zobliguje pracowników Związku do częstszego bywania w naszym kraju, dlatego można pomyśleć o innych etapach selekcji, w różnych terminach. Udział naszych hodowców w życiu Związku nie ograniczy się wtedy jedynie do opisu źrebiąt. Jeżeli powiedziało się A to trzeba iść za ciosem i powiedzieć B czyli wspólnie z hodowcami z innych narodowości kształtować współczesnego konia holsztyńskiego.

Księga Holstein Global na dobre zadomowiła się w holsztyńskiej świadomości czego dowodem był podbój czempionatu przez klaczkę Harley VDL x Caretano Z, hodowli Tomasza Olszewskiego. Proszę powiedzieć, czy szlak po którym kiedyś nieśmiało kroczyła Taggi, to w obecnych czasach zbawienna dla Holsztynu alternatywa?

Trudno powiedzieć czy otwarcie księgi Holstein Global to zbawienna dla Związku Holsztyńskiego alternatywa ale z pewnością jest to krok w dobrym kierunku. Ponowne otwarcie księgi stadnej na klacze innych ras, w dzisiejszym świecie, który bardzo się skurczył i niesamowicie przyspieszył, było nieuniknione. Pamiętajmy, że ostatnio hodowla wyraźnie się zglobalizowała i trudno już mówić o poszczególnych rasach koni sportowych. Związki hodowlane to korporacje obejmujące swymi działaniami niemal wszystkie kontynenty. Konkurują między sobą, zabiegają o hodowców a ci w ostatnich latach coraz mniej przywiązani są do swoich regionalnych związków hodowlanych i idą tam, gdzie mają więcej swobody działania. Jeszcze całkiem niedawno, aby źrebię mogło uzyskać holsztyńskie palenie musiało zostać przewiezione na teren Szlezwiku-Holsztyna. Dziś premiowania odbywają się w całej Europie. Bezsprzecznie dopływ obcej krwi wzbogaci genetycznie konie holsztyńskie ale moim zdaniem podstawą nadal pozostaną silnie skonsolidowane, rodzime linie żeńskie, od dziesięcioleci niosące na swych barkach cały ciężar postępu hodowlanego. Większość sławnych reproduktorów innych ras mogła zasłynąć między innymi dlatego, że trafiły na grunt w postaci mocnych, holsztyńskich stammów.
Nawiązując do Taggi – warto zaznaczyć, że Holsztyn ma swoją tradycję w operowaniu obcą krwią w hodowli. Popularny, także wśród naszych hodowców, Cornet Obolensky, jest synem Clintona, który to wywodzi się z rodziny wschodniopruskiej klaczy Leonore, 0 141 A. W jego rodowodzie znajdziemy klacz Lyck (niemiecka nazwa mazurskiego miasta Ełk), która jest wpisana jako klacz holsztyńska, mimo, że jej rodzice to konie wschodniopruskie, a więc Holstein Global w wydaniu z roku 1952. Ale to nie wszystko – złota medalistka z Berlina z 1936, holsztyńska Tora, była córką ogiera Capenor Mormal Forester rasy Hackney, sprowadzonego z Anglii w 1921, oraz klaczy Thula po pełnej krwi Der Blaue Vogel, a dalej Thea, zapisana jako klacz holsztyńska bez rodowodu. Jak widać, liberalizm nie jest w Holsztynie czymś zupełnie nowym. Hodowla koni zawsze dostosowywała się do potrzeb rynku i tak jest również obecnie. Pozostaje tylko pytanie, czy ten ruch był spóźniony czy nie? Odpowiedź przyniesie przyszłość.

Na zdjęciu tytułowym od lewej Stephan Haarhoff & Henryk Soboń, lipiec 2021.
Fot. Oliwia Chmielewska